niedziela, 13 lipca 2014

... bezużyteczna wiedza ...

Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się czegoś czym chciałabym się podzielić z innymi, a szczególnie jedną osobą której to też dotyczy ale ręce mam związane! Co robić, co robić? Jak powiem i pójdzie to gdziekolwiek dalej to niestety wiadomo będzie gdzie jest przeciek (a że poszłoby dalej to jestem w 99% pewna bo niusik cieplutki i całkiem ważny!), jak nie powiem to chyba ta wiedza mnie od środka rozsadzi! Tak to jest z tymi pogawędkami na różne tematy - niby gadka szmatka, ale czasem można dowiedzieć się czegoś tak bardzo istotnego i rzucającego światło na wydarzenia z nieodległej przeszłości, że aż wierzyć się nie chce! A osoba opowiadająca nawet nie wie jaką perełkę "sprzedała"... A i tak dupa bo nie mam jak jej wykorzystać. I tak spać nie mogę bo o tym myślę... Minie pół roku a i zainteresowane osoby się zmienią, może wtedy już będę bezpieczna w przekazaniu wiedzy dalej ;)
Poza wszystkim jestem wściekła że to tak jest a nie inaczej! Bo powiedzcie, kto lubi gdy się ważne decyzje podejmuje za jego plecami? Sama decyzja jest intrygująca, ba, nawet chyba zaskakująco pomyślna dla mnie i 2 innych osób, na razie w życie nie weszła, ale ja już wiem co dokładnie będzie jak plany zostaną dopięte na ostatni guzik ;) Tylko czemu taka dziwna trajektoria lotu tej informacji była? Pffff...

poniedziałek, 7 lipca 2014

... ciężko być typową babą ...

Byłam na oddziale - było mi źle, byłam na konsultacjach - było mi źle, mam dyżury - no jak wcześniej. Nie mam dyżurów - jest mi źle. Znieczulam- jest mi źle. Czy mnie sie w ogóle da zadowolić? Dużo roboty- źle. Nic się nie dzieje - źle. Nie umiem - źle. Umiem - też nie dobrze (w domyśle: można lepiej). Sprawdza się powiedzenie, że trzeba uważać o czym się marzy bo może się spełnić ;) Bo narzekając na jedno, marzyłam o drugim. I owszem, pojawiły się zmiany, ale na tym etapie to wolałabym żeby tych zmian nie było ;) Bo jak pisałam - nie wiadomo kiedy, nie wiadomo w jaki właściwie sposób ale ... bardzo polubiłam bycie na oddziale :) Pacjenci też w sumie głównie śpią, ale w inny sposób się nimi zajmuje. Wszystko jest inne, nieśmiało stwierdzam, że może nawet (cichutko) lepsze? Optymalna była by równowaga: trochę tu i trochę tu - tak żeby i tym się nacieszyć i tamtym, nie dochodząc do etapu rutyny. Bardzo, bardzo dobrą specjalizację wybrałam! :)
No ale żeby aż tak różowo nie było to nie ja podejmuję decyzję gdzie jestem i gdzie być mam - to na tym etapie trzeba zaakceptować, że to co wg mnie wydawałoby się optymalne, dla osoby znacznie bardziej doświadczonej może być nieakceptowalne. Trzeba się nauczyć (postanowienie nowo-pół-roczne) akceptować to, że to inni - mądrzejsi i bardziej doświadczeni - podejmują decyzje. Z którymi się wcale nie muszę zgadzać, ale podporządkować owszem. Postaram się wrócić do tego kwiatu lotosu ;)

niedziela, 29 czerwca 2014

... lekarz niedoskonały ...

Za mało się uczę. Nie doczytuję codziennie nowych rzeczy. Nie mam potrzeby dyżurowania 20 razy w miesiącu. Cenię sobie życie rodzinne. Takie po prostu. Nie jestem wybitnie sprawna manualnie. Nie mam ponadludzkiej pamięci. Nie jestem alfą i omegą. Zbyt często przyznaję się do niewiedzy. Za  mało we mnie bezczelności. Nie jestem wyjątkowo przebojowa. Nic we mnie nie ma ponadprzeciętnego, ale przy tym wszystkim lubię swoją pracę i spełniam się w niej :) Umiem pogodzić się z tym, że nie jestem najlepsza. Że nie zawsze daję z siebie wszystko. Ale staram się być kompetentna. Staram się. Może nie zawsze widać, ale tak jest :) Jasne że chciałabym być tą osobą, o której za plecami mówi się jaka jest niesamowicie mądra/utalentowana - ale z braku laku i brak krytyki (przynajmniej tej wprost) trzeba przyjmować z otwartymi ramionami. Kropka.
Każdy powinien znaleźć swoją drogę do szczęścia w pracy. Moja jest wyjątkowo pokręcona, ale jest mi o tyle łatwiej, że szczęście w życiu prywatnym już mam (i nie oddam). Więc warto walczyć.
Tak samo warto walczyć o marzenia. Chcesz być lekarzem to przynajmniej spróbuj - mniej żałuje się tego co się zrobiło, niż tego czego się nie zrobiło. Taki tam truizm, ale u mnie się sprawdza. Nikt mnie nie całował po rączkach jak powiedziałam że idę na medycynę - nawet więcej, była to dla niektórych w rodzinie decyzja bulwersująca, trudna do zaakceptowania. W końcu zaakceptowana jak już okazało się, że to nie głupi kaprys, a coś co daje radość - potem równie niełatwo było gdy przekazałam informację na jaką specjalizację się wybieram - ale to dużo by pisać ;) Inni za nas życia nie przeżyją, nie pozwólmy więc podejmować im za nas decyzji!