czwartek, 11 lutego 2016

... jak wybierać miejsce specjalizacji ...

Na spotkaniu ze znajomymi z czasu studiów (baaaardzo dobra impreza) poruszyliśmy co oczywiste temat naszych specjalizacji, ba, można powiedzieć, że do zagadnienia podeszliśmy z tysiąca różnych stron ;) Przytoczę więc przemyślenia na temat wyboru miejsca specjalizacji.

Przede wszystkim to warto tę decyzję podjąć odpowiednio wcześniej.
Warto podejść do dyrektora/ordynatora odpowiednio wcześniej.
Warto porozmawiać z rezydentami w tymże miejscu, bo opinie osób związanych z oddziałem mogą się diametralnie różnić od obiegowej opinii na jego temat. To co widzimy na stażu też nie jest 100% wykładnią jak to będzie gdy będziemy już rezydentami.
Warto przeanalizować stosunek ilości sal operacyjnych do ilości rezydentów (to już konkretnie w anestezjologii).
Raczej mniejsze szpitale mają przewagę pod kątem szkolenia nad tymi większymi ośrodkami, ale w anestezjologii lepiej rozglądnąć się za szpitalem wielospecjalistycznym. Przynajmniej na pierwsze 2-3 lata. Kończyć specjalizację fajnie w miejscu, gdzie będzie szansa na zostanie po specjalizacji - tu niestety sprawa nie jest prosta bo mniejsze szpitale zazwyczaj mają już wystarczającą obsadę, więc po specjalizacji staje się przed wyzwaniem odnalezienia miejsca gdzie nas chcą ;)
Nie opłaca się przenoszenie po pierwszym roku, już dużo lepiej przetrwać dwa - chyba że wyjściowo trafiło się na dramatycznie złe.

Przemyśleń oczywiście było wiele więcej, ale nie wszsytkie nadają się do upublicznienia ;)
Rozmawialiśmy też sporo na temat końca specjalizacji (tia, ja mam jeszcze daleko, bo jestem na 4, a anestezjologia trwa 6 - ale Ci na 5 letnich specjalizacjach czują już wiatr zmian) - no i wniosek kest taki, że ... Fajnie jest się spotkać i pogadać :)

czwartek, 7 stycznia 2016

... porównanie dwóch znieczuleń ...

ZAWSZE może zdarzyć się coś co zaskoczy. Gorzej gdy blokada ruchowa jest, ale czuciowej nie ma. Lepiej gdy pacjent leży po łatwym ukłuciu i macha nóżkami jak sarenka (używamy bupi a nie ropi). I ciśnienie nie spada. I czucie temperatury jest zaburzone tylko lekko. I nie boli ku zdziwieniu mojemu. Wszystko zostało nietknięte, tylko blokada czuciowa (bólowa) jest pełna i idealnie dopasowana do typu zabiegu... Dla mnie ciekawostka. I pacjent zachwycony po zabiegu przesuwa się z łóżka na łóżko ;)

W tę stronę lepiej niż jak u pacjentki pod koniec cięcia zanika już blokada czuciowa... Cięcie nie jakieś masakrycznie długie, raczej nawet z tych krótszych (40 minut), do czasu zszywania otrzewnej cacy, ale od tkanki podskórnej już nie ciągnie, a zaczyna boleć. Niefart, ale na szczęście mamy cudowny lek co to gwarantuje nam anestezję dysocjacyjną ;) Pani więc usypia na 5 minut, zabieg się spokojnie kończy - no i budzi się rozanielona niewiasta co to właśnie biegała w kolorowym tunelu i jej ciało było miękkie jak chmurka. Zadowolona tak, że aż wierzyć się nie chce. Tylko ciężko wytłumaczyć, że dzidziuś naprawdę nie ma niebieskich włosów ;)

 Jak o zaskoczeniach mowa to jeszcze jeden pan, młody, okrąglutki i z aplazją jednej nerki, hipoplazją drugiej. Zabieg duży, ale plan jest taki: zrobimy zewnątrzoponowe (tym razem ropi), szybko chwyci, a w okresie pooperacyjnym lepsza taka analgezja niż inna. Cóż, z.o. chwyta, ale na tyle powoli, że zapada decyzja o poszerzeniu znieczulenia. I tu hocki klocki. Indukcja ze standardowym anestetykiem dożylnym. 160mg - pan otwiera oczy i zaczyna opowiadać (usilnie, nie ma opcji przerwania słowotoku) o kursie tańca. Wkłucie sprawdzone - działa. Plus 100mg i włączamy wlew ciągły. Dowiadujemy się jak poznał żonę. Powoli, bardzo powoli (i okraszone jeszcze większym słowotokiem) usypia. Nimbex w standardowej dawce. Po odpowiednim czasie intubacja. Na etapie obwiązywania rurki pacjent NAGLE otwiera oczy i patrzy mi prosto w oczy. Nie powiem, dosyć przerażające doświadczenie ;) Zużył duuuuuużo leków, ale obudził się w sekundę, bez bólu i w dobrym humorze. Jak tylko został rozintubowany zaczął opowiadać o ... kursie tańca ... i o żonie ;)

sobota, 2 stycznia 2016

... mogłoby być inaczej, ale dobrze jest jak jest ....

Prowadzić ośrodek wypoczynkowy w sezonie, poza sezonem wypoczywać zwiedzając świat. Patrzeć jak turyści garściami chwytają wypoczynek, bo już za parę dni wrócą w cztery ściany pracy. Pracować ciężko, ale w spokoju, bez nerwowych ruchów, planów i ciągłego dostosowywania się do czegoś lub kogoś. Garściami czerpać z piękna otaczającego świata.
Żyć w innej epoce, w pięknym dworku, zajmować się wyłącznie konnymi przejażdżkami, spacerami, czytaniem książek i pisaniem listów. Za zmartwienie mieć jedynie czy kapelusz pasuje do sukni.
Kupić stare gospodarstwo z ogromnym ogrodem, własnymi siłami je odrestaurować. Zbierać jabłka, gruszki, śliwki ze starych drzew, robić przetwory na zimę. Hodować swoje kury, króliki, mieć krowę. Z sąsiadami prowadzić handel wymienny - żyć z dala od pogoni za pieniądzem. Wychowywać dzieci na świeżym powietrzu.

... a zamiast tego grafiki Małżonka i moje dopinane ledwo co, przeplatanka "jestem" z "nie ma mnie" i pytania Stasia "a dzisiaj po południu jesteś Ty czy Tatuś?". Ale i tak się da żyć i nie zwariować w tym wszystkim :) Zawsze trzymamy się dawnego postanowienia, że każde z nas może wziąć maksymalnie 7 dyżurów miesięcznie i jakoś udaje się nawet wygospodarować wolne i przedłużone weekendy ;) Są miesiące kiedy trzeba się nagiąć, bo np. ktoś z pracy poszedł na L4, uczy się do egzaminu, są ferie - lub temu podobne. Ale całościowo nie jest źle. Da się :)

Szczęśliwego Nowego Roku!

piątek, 18 grudnia 2015

... na początku uczymy się najwięcej, coś innego jest ważniejsze ...

Po cichu przyszedł czas, gdy mogłam zacząć chodzić sama (ale spokojnie, nadal w niedalekiej odległości ktoś zawsze jest, tyle, że pomaga tylko wprost poproszony). To wszystko działo się powoli, z nagłymi przyspieszeniami gdy okazywało się, że jest potrzeba. Samodzielne chodzenie, dyżury, samodzielne wykonywanie procedur, samodzielne podejmowanie decyzji. Dorastanie śmierdzi. Co chwilę płynnie zaczyna się jeden etap, inny się kończy - aż wierzyć się nie chce gdy sobie właśnie pomyśli się o tym jakie zmiany zaszły na przestrzeni miesiąca, pół roku, roku, dwóch, trzech lat... Żałuję, że nie doceniałam tak bardzo jak powinnam czasu, gdy się uczyłam, gdy wpajano mi wiedzę, szlifowano nawyki. Kiedy każde pytanie zasługiwało na natychmiastową odpowiedź, kiedy zawsze był ten ktoś kogo mogłam spytać i nie było wstydem, że nie wiem. Pierwszy rok specjalizacji jest rokiem najlepszym. Drugi, trzeci (i pewnie kolejne też) są fajne, ale już w inny sposób.
Staś też posuwa się w wieku, w umiejętnościach, samodzielności, kreatywności. Dorośleje i staje się już małym mężczyzną, a nie dużym chłopcem. Jego gust ewoluuje, zainteresowania się zmieniają - no i chłonie wszystko jak gąbka! Uwielbiam patrzyć na tego małego człowieka, czuć tą ogromną dumę - praca daje satysfakcję, ale to Rodzina nadaje sens życiu. Zawsze jak zagalopujemy się w oczekiwaniach od życia to Staszko potrafi w sekundę sprowadzić nas do parteru i pokazać co tak naprawdę jest ważne.

Wesołych Świąt życzę wszystkim. I niech przyszły rok przyniesie same dobre zmiany :)

poniedziałek, 12 października 2015

... trudne i utrudnione intubacje, i niska samoocena ...

Gdy już czułam, że szefostwo nie da mi w najbliższym czasie okazji do nabrania nowych umiejętności (nie z braku chęci mojej czy ich, ale z braku procedur będących w moim zasięgu umiejętności, a takich co to u mnie w szpitalu się je wykonuje) z nieba spadł mi staż :)
Kilka nowych rzeczy się nauczyłam (prozaiczna obsługa profesjonalnej pompy, nowego aparatu do znieczulenia, intubacja inna niż zwykle), ale też dostałam obuchem w łeb: ileż to można mieć w ciągu miesiąca nieudanych intubacji! U nas, trudna intubacja zdarza się rzadko. Nie skłamię jak powiem, że może 10 razy w roku. Z tego rzeczywiście trudna, wymagająca np. bronchofiberoskopu to może 50%. Do reszty wystarczą prowadnice, McCoy, manipulowanie wezgłowiem, BURP lub bardziej doświadczona ręka po prostu. Cormack III zdarza się częściej, ale w 99% nie sorawia problemów nie do pokonania. A tu, na stażu, co pewnie wynikało ze specyfiki oddziału trudnych intubacji było z 25%! Codziennie minimum jedna utrudniona, raz w tygodniu trudna. Z tymi utrudnionymi personel dawał sobie radę tak, że aż miło było patrzeć - z trudnymi zresztą też. Sama miałam okazję w ciągu miesiąca przećwiczyć więcej Cormacków III i IV niż do tej pory w czasie specjalizacji. Niesamowite przeżycie! I niestety 2 lub 3 razy musiałam się poddać i pozwolić działać lepszym - raz to aż płakać mi się chciało: co nie robiłam to wejścia do krtani nie udawało mi się uwidocznić, więc nawet nie próbując wsadzać rurki oddałam laryngoskop staremu wydze, a On ... jakby nic w ciągu 5 sekund wsadził rurkę bez żadnego problemu! Jednak doświadczenie to doświadczenie. Warto było tam pojechać.
Miesiac po powrocie, gdy wyskoczyła mi relaparotomia jako zabieg na ostro (młody, zdrowy mężczyzna operowany dzień wcześniej) nie znalazłam przed intubacją karteczki informacyjnej znieczulenia. Mallampati I. Wsadzam laryngoskop i Cormack III - na prowadnicy udało się ładnie zaintubować, ale mówię pielęgniarce, że stres był, bo nie było widać. Na co pada pytanie: a kto wczoraj znieczulał? Z karty znieczulenia wynika, że bardzo doświadczony kolega, świetny specjalista - to mówię, że pewnie nie miał problemów takich jak ja, ALE znajdujemy karteczkę informacyjną, gdzie jak byk napisał Cormack III. Żebyście wiedzieli jak podbudowana się wtedy poczułam! Więc potrenowanie na stażu się przydało, mimo że spowodowało, że złapałam doła jaką to dupą jestem ;)