poniedziałek, 13 lipca 2015

... hobby niezwiązane z medycyną ...

Znalazłam hobby - jednak wakacje na coś się przydają, poza tym że się wypoczywa i zbiera siły na pracowanie do kolejnego urlopu ;) Można powiedzieć, że standardowo gdy się na coś nakręcę to wydaję na to całą pensję (dobra, może 2/3) i potem po miesiącu się "odkręcam" - mam nadzieję że tym razem wytrwam trochę dłużej, bo potencjał jest :) Przerabiałam już szycie na maszynie, makijaż, wyszywanie ozdób z filcu, handel na allegro - nie powiem co tym razem żeby nie zapeszać, ale jak się by udało utrzymać z zainteresowaniem na fali to nie omieszkam się pochwalić :)
W pracy szara codzienność - zdecydowanie pogoda za oknem i nostalgia w sercu nie pozwalają na określenie pracy w żywszych barwach. Co nie znaczy, że jest zero-jedynkowo źle, bo są i plusy i minusy. Jak się zmieni to także nie omieszkam poinformować ;)

poniedziałek, 25 maja 2015

... będąc pacjentem na SOR ...

Być pacjentem na SORze* to dramat porównywalny z byciem lekarzem tamże. Byłam, zobaczyłam, załamałam się. No i trafiłam na lekarza, który zdecydowanie minął się z powołaniem, a diagnostyka i przede wszystkim zlecone leczenie i zalecenia były jak z kosmosu wzięte. Może i budziło to mój sprzeciw (bo nie zgadzałam się z tym merytorycznie), ale wyszłam z założenia, że lekarz tak mówi to tak jest - dopiero następny dzień pokazał, że nic bardziej mylnego. No ale nie o tym miało być. Wracając do początku - na SORze spędziłam 6 godzin. Na niewygodnym krześle. Otoczona byłam przez tłum - byli bomisie ("a co mnie obchodzi że kogoś reanimują? Ja mam TYLKO ość w gardle, a czekam już godzinę - to potrwa dwie minuty, więc niech rzucą tam wszystkim w pizdu i niech przyjdą udzielić mi pomocy! Bo mi się należy!"), byli narzekacze ("no i proszę pani ja już tu od 8 godzin siedzę i nikt się mną nie zajmuje!" a potem wydając dokumentację lekarz mówił na tyle głośno, że dosłyszałam, że pan zgłosił się z bólem w klatce - więc lege artis kontrolne troponiny po 6 godzinach należały mu się jak psu buda, ale dogodzić to się wszystkim nie da), była pani co to cierpliwie i bez jednego słowa czekała na poradę, był pijany pan, był bufonowaty ratownik pozujący na lekarza i chodzący na papieroska co 10 minut, była empatyczna pani pielęgniarka - i cała masa innych kolorowych postaci. Ratownik podniósł mi ciśnienie (to nie tylko w przenośni) jak średnio profesjonalnie i nieudolnie pobrał mi krew ze zgięcia łokciowego nawet nie patrząc na bardziej dystalne żyły po czym kazał mi zgiąć rękę, żeby ucisnąć opatrunek (?). No nie tędy droga. Temat lekarza w szerszym kontekscie pominę, ale niewyspanie i może gorszy humor nie powinny do tego stopnia wpływać na pracę, bo skończy się to kiedyś grubszą aferą albo sprawą w sądzie o błąd w sztuce. W każdym razie wracając do meritum - SOR to zło ;) Jedno tylko było fajne i godne naśladowania - bardzo szybki i sprawny triage z osobnym gabinetem i szybkim wywiadem zbieranym przez sympatyczną pielęgniarkę.

* był to SOR w mieście na drugim końcu Polski, w miejscu gdzie byliśmy w 100% anonimowi

poniedziałek, 4 maja 2015

... "to coś" nie zależy od wieku ani doświadczenia ...

Czy zawsze droga którą obieramy jest dobra? Na razie walczę o dystans, może to pomoże podjąć jakieś decyzje. Temat wraca jak bumerang - tym bardziej świadczy to o wewnętrznym rozbiciu ;)

A teraz już ciekawiej bez egzystencjalnych pierdół. Byłam świadkiem trudnej intubacji. Rezydent - nic a nic. Specjalista - no może coś, ale nie do końca. Bronchofiberoskop był już w drodze. No i przyszła młoda, fachmańska specjalistka - mała i drobna - i pięknie dała radę. To obecnie taki mój real hero - wodzę maślanym wzrokiem i myślę, że chciałabym być jak ona :) W tej specjalizacji albo się to coś ma albo nie. Dlaczego niezależnie od doświadczenia i "nabicia ręki" jednym wychodzi wszystko z gracją, a inni się muszą wysilać i z boku nie wyglądają fachowo? U chirurgów, gastroenterologów, ginekologów, okulistów, ortopedów jest dokładnie to samo - na niektórych patrzy się z podziwem na innych mniej. Jednym operatywa  wychodzi właśnie tak płynnie i delikatnie jakby tylko to w życiu robili a inni szarpią się nawet w najprostszych czynnościach. Wyżej wspomnianą panią doktor mogłabym obserwować godzinami. Na moim oddziale są też 3 osoby, które tą lekkość mają - i inne równie sprawne, ale bez tej gracji. Taka refleksja mnie naszła po ostatnich gościnnych moich popisach - jak by ktoś widział jak ostatnio zakładałam CVC to zdecydowanie przypisałby mnie bardziej do rzeźników niż baletnic ;) Na obronę swoją mam tylko tyle, że warunki były niesprzyjające ;)