czwartek, 26 października 2017

... protest LEKARZY rezydentów ...

Szlag mnie trafia jak czytam te wszystkie durne wypowiedzi polityków i równie durne wypowiedzi  (niektórych) obywateli lepszego sortu. Wypowiedzi w temacie, na który - z powodu ewidentnego nie posiadania wiedzy - w ogóle nie powinni się wypowiadać.

Nie, do kurwy nędzy, lekarz rezydent nie siedzi i nie opierdala się za wasze pieniądze. Dostaje pieniądze za swoją pracę. Jak idziecie do szpitala to zapewniam, że 70% lekarzy z którymi się stykacie to właśnie rezydenci. W gabinetach POZ? Również, SORy, Izby Przyjęć - 90%.
I jak tak ochoczo zaczną wyjeżdżać, jak ochoczo ich do tego namawiacie to system po prostu padnie. Tfu, niezależnie od tego co będziecie robić to padnie, ale na razie trup jest ładnie pudrowany tym, że wszyscy zarabiając gównianie pracują w kilku miejscach. W weekendy, Święta, po nocach - po 250-300 (lub więcej) godzin miesięcznie.
Najlepsza forma protestu? Niech każdy lekarz zacznie pracować tylko w jednym miejscu, na jeden etat - tak jak byście chcieli. Super, my też byśmy tak chcieli. Następnego dnia, przychodząc na Izbę Przyjęć i chcąc umówić termin usunięcia pęcherzyka żółciowego usłyszycie, że jest za 2 lata. Przyjdźcie za 2 tygodnie, usłyszycie, że jest za 20 lat. Bo trywialnie: mamy ogromny deficyt lekarzy, pielęgniarek - za te pieniądze jakie się nam proponuje to chętnych na pracę będzie tylko mniej.

Pieniądze? Jestem rezydentem, przez pierwsze 2 lata specjalizacji zarabiałam za pełen etat 2576zł netto, od 3 lat zarabiam 2776zł netto. Minus składka na izbę lekarską (obowiązkowa) 60zł/miesiąc. Minus ubezpieczenie OC 90zł/miesiąc.  Mam obowiązek jeździć na kursy i staże - nie dość, że ustawa nakłada na mnie taki obowiązek, a w interesie szpitala jest mnie na nie nie puszczać (chyba wspominałam już o brakach kadrowych w szpitalach?) to za dojazdy na te kursy, ewentualne zakwaterowanie płacę już ze swojej kieszeni. Najbliższe mam 80km ode mnie. Ok, powiedzmy, że dojeżdżam codziennie autobusem/pociągiem. Bilet normalny w jedną stronę 12-25zł, ok, liczmy 15zł. Kursów/staży w czasie specjalizacji mam 15 miesięcy. Około 320 dni razy 30zł = 9600zł. Czyli podzielmy to na te 72 miesiące specjalizacji które mam to wyjdzie nam kolejny obowiązkowy wydatek 133zł/ms. Podsumowując, na rękę dostaję teraz 2497zł miesięcznie. Jest to stawka niezależna od ilości dni w miesiącu, moja godzinowa stawka wynosi więc od 14 do 17zł. Aha, wspominałam, że pensja dyżurowa jest pochodną etatu? Czyli weźmy dyżur w zwykły dzień - w pracy jestem do 14:35, dyżur liczy się więc 14:35-7:00. Za godziny 14:35-22:00 szpital mi nie płaci, bo przecież następnego dnia mam obowiązek po przepracowanych 24h zejść do domu. Za 7:00-8:00 też mi nie płaci, bo nie, mimo że muszę zostać zdać raport. Płaci mi za godziny 22:00-7:00 28-34zł/h czyli kokosy, bo 252-306zł. Za to, że mam okazję spędzić popołudnie i dom poza domem. W weekend dostanę za 24-7:35 = 16:25h (mimo że będę 24h) 404-490zł. Pracując tyle ile muszę (owszem, dyżury na specjalizacji są obowiązkowe) zarabiam więc majątek. Dosłownie śpię na kasie.

Nie chce mi się już  bawić w liczenie ile wydaje się na specjalistyczne książki (n sztuk po 200-300zł), kursy doskonalące- bo na przykład chciałabym móc opisywać USG. 5 kursów + egzamin [w ramach urlopu, bo staże szkoleniowe nieobowiązkowe nie istnieją] to koszt ok. 10000zł.

Czy rezydenci powinni dostać podwyżkę? Tak. Za niedługo nie znajdziecie chętnych żeby za te pieniądze pracować. Ale czy tylko oni? NIE. Podwyżka należy się wszystkim lekarzom [bo nie jest nikogo pomysłem ani zachcianką żeby rezydent zarabiał więcej niż specjalista - logiczne, że nauczyciel ma zarabiać więcej niż uczeń!], pielęgniarkom i innym zawodom medycznym. Przy tak gównianym finansowaniu służby zdrowia jak jest teraz, można liczyć tylko na coraz szybszą jej zapaść. 6,8% PKB jest minimum, które może coś poprawić. Propozycja pisiorów, żeby do 6,0% PKB dojść do 2025 (!!!) roku jest tak samo śmieszna jak przerażająca. Jak wszystko w ich wykonaniu. Ocknijcie się ludzie!

czwartek, 24 sierpnia 2017

... tylko ja zostałam w szpitalu ...

Wszyscy wkoło się urlopują - w prawo, w lewo, w dół, górę i na drugą stronę globu jadą, lecą.  Ten kedzie, tamten wraca. I człowieka krew zalewa, bo on - kurwa - nadal w pracy, a perspektywa urlopu taka odległa. I tak siedzi, i tak mendzi, i tak do furii doprowadzają go lekarze znajomi i nieznajomi, pielęgniarki, laborantki i laboranci, aptekarki i cała ta kolorowa ferajna. Już nawet to ciągłe wkurzenie samą wkurzającą się osobę wkurwia do bólu, ale urlop nadal jak był w odległej perspektywie tak nadal jest. Nienawidzę okresu gdy do urlopu daleko.

A że jestem z tych, co urlopów wymagają dość często to i moja sinusoida nastroju ma niezłą amplitudę i częstotliwość ;)

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

... kursy specjalizacyjne ...

Kursy specjalizacyjne - nie da się tego łatwo opisać słowami. Wchodzę na salę, cofam się, patrzę na drzwi jeszcze raz. Tak, to ta sala - siadam i nadal z pewną dozą niepewności rozglądam się wkoło. No jest to ta sala bo lista przed wejściem zawiera moje nazwisko. Ale czy napewno? Ok, sąsiadka wyjmuje z torby jeden z "branżowych periodyków". Nie jestem bardzo młoda, bo wcześniej przecież przygoda z innymi studiami, idę starym trybem więc wkoło raczej ludzie na moim etapie - a tu totalna rozpiętość wiekowa! Chyba pora bardziej zadbać o siebie bo przez naturalistyczne podejście do makijażu (no dobra, po prostu przez BRAK) chyba wyglądam zdecydowanie młodziej niż większość ;)

PS: po mnie przyszły jeszcze dwie dziewczyny i chłopak - jednak już nie czuję się najmłodsza na sali ;) Uff!

czwartek, 30 marca 2017

... konsultacja anestezjologiczna do zabiegu ...

Konsultacje do zabiegów to zło ;) Nie, to nie pacjenci są złem - złe są tylko konsultacje :)
Bywają dni jak wczoraj, kiedy wszystko idzie gładko. Pacjenci średnio obciążeni, nie nadto gadatliwi, konkretni - to i w godzinę czterech się skonsultuje. Ale są takie dni, kiedy to po prostu nie idzie. Osoby starsze, rozgadane, ze stosem wypisów i wszelkimi chorobami świata - koszmar. Cała karta zapisana, każda rubryczka zakreślona na tak, a na koniec jeszcze się okazuje, że w sumie to jednak może coś z tym sercem jest (choć wcześniej pacjent zarzekał się, że zdrowy jak ryba), bo pacjent był 2 lata temu znieczulany do CABG.
Kolejny smaczek to konsultacje pacjentów, którzy z braku czasu zostają odesłani przez chirurga (bo rozpis nie pomieści więcej zabiegów, więc przepraszam, ale pan sobie do domu wróci) już PO konsultacji anestezjologicznej. A stracony czas poszedł sobie w pizduuu.
Czasami gdy czas aż tak nie nagli to można wysłuchać między słowami różne opowieści - o młodości, o lęku przed zabiegiem, o rodzinie - gdyby tylko był ten czas...

Bo te całe konsultacje mają potencjał, żeby jednak nie być złem, a być dobrem! Po pierwsze pacjent czuje się bezpiecznie gdy te 24h przed zabiegiem wytłumaczy się mu na czym polega znieczulenie, czego może się spodziewać na sali operacyjnej, czego po zabiegu. Po drugie my możemy zaplanować plan działania, przygotować się do konkretnego typu znieczulenia, przygotować potrzebne niestandardowe akcesoria. No i zdecydowanie fajniej i dla pacjenta i dla anestezjologa jest poznać się wcześniej - bo przy zaufaniu (a łatwiej zaufać komuś kogo się zna) współpraca układa się zdecydowanie lepiej. No ALE tak jest w idealnym świecie - w codziennej pracy konsultuje się jednego pacjenta a znieczula innego, a szkoda.

sobota, 3 września 2016

... po raz kolejny narzekanie - nie warto czytać ...

Nie piszę dużo ostatnimi czasy, ale też za bardzo nie mam o czym pisać... Bo w pracy stagnacja, wiele ciekawych rzeczy się nie dzieje - to znaczy tych ciekawych zawodowo ;) Jak co roku w okresie pourlopowym łapię doła z cyklu: a może by tak wyprowadzić się na stałe do cieplejszego, spokojnego kraju i żyć powoli, spokojnie. I kto wie, czy kiedyś tego nie zrobię - jeśli dożyję. Małżonkowi pewnie byłoby brak pracy (w sensie czynności, ale też miejsca, znajomych itd.) na obecnym etapie życia, Stasiowi też brak szkoły i znajomych - ja pewnie zanudziłabym się na śmierć, ale chyba byłabym szczęśliwsza. Nawet nie mamy czasu na spotkania ze znajomymi - ostatnio spotkanie całej naszej paczki nas ominęło, bo oboje (!) mieliśmy dyżur ...

W przeciągu ostatniego miesiąca w pracy zmarło 3 anestezjologów. Taki zbieg okoliczności, ale mimo wszystko to coś znaczy. Jak gdzieś kiedyś przeczytałam (może juz te statystyki nie są aktualne, a jeśli tak to oby teraz było lepiej) - średnia długość życia anestezjologów to 57lat ... Jednym słowem jestem grubo za połową. Z kontraktu na kontrakt i na deser jakaś część etatu - jeju, jak strasznie dużo ludzi żyje w ten sposób, osobiście znam tylko 2 lekarzy pracujących tylko w jednym miejscu - a w mediach jak się czyta falę krytyki takich działań (w wykonaniu pacjentów, na branżowych portalach też jest krytyka, ale jednak z innej strony) to aż się ma chęć przyklasnąć roszczeniowcom i zorganizować akcję: pracuję w jednym miejscu. W ciągu tygodnia padłaby minimum połowa szpitali - i tych publicznych i tych prywatnych - bo nie miałby kto pracować - i może otwarłaby się furtka do otwartej rozmowy o koniecznej reformie służby zdrowia. Ale nie takiej bez ładu, składu i pomysłu jaką proponuje obecnie rządzący minister i reszta jedynej-słusznej-partii (ble ;).